Artykuły

Jak wpaść w komendę nie obijając się

Kiedy pytam instruktorów o moment największego spadku motywacji, jaki przydarzył się na ich harcerskiej drodze, niemal zawsze słyszę wzmiankę o pierwszym obozie w komendzie. Pierwsza funkcja, przyboczny, niejednokrotnie też oboźny podobozu, po całym tym czasie spędzonym po drugiej stronie barykady, najwyraźniej niewielu przypada do gustu. I moja własna harckariera wpisuje się w ten cykl. Bywały oczywiście obozy gorsze i lepsze, tym niemniej najbardziej zdemotywowany byłem z pewnością właśnie na moim pierwszym. W komendzie. Komendzie zresztą, która zasługiwałaby na dłuższą historię. Ale o tym może innym razem.

Jako świeżo upieczony przyboczny Cichociemnych pojechałem na obóz – niby jako członek komendy, w praktyce jako ktoś w rodzaju starszego zastępowego chłopaków, będących ekipą, z którą na co dzień spędzałem czas. Jak się zachować w tej sytuacji – nie miałem pojęcia. O metodyce wędrowniczej wiedziałem: kiedy daje się pompki, a kiedy rzuca granaty dymne. W skrócie – niewiele. Jak zachować się w takiej sytuacji? Odprawy komendy – wciąż były dla mnie tylko tablicą ogłoszeń od komendanta, na której nie umiałem odnaleźć swojego głosu. Wydawanie rozkazów chłopakom w moim wieku wydawało się śmieszne i niepoważne. Na domiar złego, trafiłem na obóz, gdzie komenda była mocno skłócona – cóż lepszego jeszcze mogło się wydarzyć? Z dnia na dzień czułem się coraz dziwniej i przeplatając poważne spotkania śmieszkowaniem i wygłupami, czułem że powoli przestaję mieć jakiekolwiek pojęcie o tym, kim jestem i co robię w harcerstwie.

Po obozie lekko skołowany, ale pełen nadziei, bo „tam ci wszystko wytłumaczą”, pojechałem na KP. Niestety, trafiłem na niesławny kurs widmo, podczas którego ZKK postanowił zaprzestać działalności nie uprzedzając nas o tym. Z porządnym poślizgiem ukończyłem szkolenie, z podstawową wiedzą, ale wciąż jakby brodząc we mgle. W szczególności: nie dowiedziałem się nic o metodyce, z którą miałem pracować. Zaczynałem zastanawiać się czy problem nie leży po mojej stronie. Może nie czuję metody? Może jej poznanie powinno płynąć prosto z serca, a moja niewrażliwość na nią jest wobec instruktorskiej braci niewybaczalna i poniżająca?

Aż z hufca przyszło ogłoszenie – kurs drużynowych. Wędrowniczy. I do tego
C H O R Ą G W I A N Y. Jako że chorągiew brzmiała poważnie, pachniała wyzwaniem, postanowiłem zgłosić się tamże. Nie wiedziałem kto go robi, nie znałem nikogo z kadry czy uczestników, spakowałem się i pojechałem. I zdziwiłem się, a zdziwienie to nie opuściło mnie do końca kursu. Niesamowitym poziomem ludzi. Bogactwem form wplecionych w metodykę wędrowniczą. Mieszaniną powagi i radości, które napędzały to wydarzenie. KDW było dla mnie początkiem instruktorskiej drogi, drogowskazem, który jako pierwszy, przez długi czas, wskazywał mi kierunek, w którym powinna dążyć nie tylko moja, ale w ogóle każda drużyna wędrownicza. Już w następnym roku Cichociemni debiutowali patrolem na Watrze. Pojechali na wZlot. Odkurzyli demokrację drużyny i wydobyli sedno i sens z kultywowanej od lat tradycji. Tak zakończył się kryzys, który, pomyślnie rozwiązany, wyniósł mnie z roli starszego zastępowego do pełnoprawnego drużynowego wędrowników.

/ Michał Bień