Dlaczego zwątpiłem
Cała ta góra obowiązków była niczym w porównaniu do ciężaru odpowiedzialności. Obowiązki mają tę przyjemną właściwość, że można się nimi dzielić, w przeciwieństwie do odpowiedzialności, której, szczególnie w hierarchicznej strukturze dowodzenia, dzielić się prawie nie da, a jeśli już, to nie całą.
Rzecz działa się dawno temu, w roku 2016, na obozie Błękitnej w Wieleniu Pomorskim. Byłem wtedy szczęśliwym osiemnastolatkiem, matura napisana zadowalająco, ja w trakcie najdłuższych wakacji życia, studia właściwie klepnięte, czego to ja wtedy nie mogłem?
(złośliwi powiedzą, że znaleźć dziewczyny hehehe). Wróćmy do rzeczy; w rachubie obozów, ten stał się ósmym chronologicznie, trzecim w komendzie i drugim na “poważnej” funkcji w komendzie głównej. Do tego zdarzyło się tak, że udało mi się pełnić kilka funkcji na raz. Z zasady byłem oboźnym głównego, w wolnym czasie kwatermistrzem, a dorywczo przybocznym i prowadzącym zajęcia.
Czemu tak? Dobre pytanie. Od początku było wiadomo, że miałem być kwatermistrzem,funkcję przybocznego niejako zdobyłem przez zasiedzenie (dłuższa historia), zajęcia robiłem, bo wszyscy robili, a oboźnym zostałem, bo w sumie nie było chętnych/wolnych instruktorów na tę funkcję, a wydawało mi się, że rok wcześniej sprawdziłem się na tej funkcji. Pojawiła się potrzeba na oboźnego - czemu by nie - stwierdziłem, w końcu czego to ja nie mogę?
Aż sama nasuwa się myśl - czy można tak pracować? Pewnie się da, ale z mojego doświadczenia wynika, że nie jest to ani przyjemne, ani efektywne. Moje szczęście, że nie wszystkie kwatermistrzowskie rzeczy były na mojej głowie. Przynajmniej kilka osób mi z tym pomogło, ta pomoc była nieoceniona (szczególnie dla mojego spokojnego snu). Z drugiej
strony nie wszystko szło też tak, jakbym chciał, co dodało mi kilku obowiązków, których się nie spodziewałem. Cała sytuacja wynikła z tego, że w momentach nieosiągalności komendanta, stawałem się osobą decyzyjną. Może wydawać się, że podejmowanie decyzji, nie jest wymagającym procesem - ot siedzisz za biurkiem i mówisz ludziom, co mają robić.
Rzeczywistość wtedy wyglądała zupełnie inaczej, przynajmniej dla mnie. Weźmy na przykład opóźniony obiad o godzinę, może więcej, ale dokładnie nic nie wiadomo, zostało 10 minut do planowanego posiłku i komenda pyta co teraz. Ma się wtedy trzy opcje: albo poczekamy sobie nie wiadomo ile do obiadu, skrócimy ciszę poobiednią, ale zajęcia potrwają do późna co spowoduje dalsze opóźnienia, można też zrobić jedne zajęcia z bloku przedpołudniowego przed obiadem, ale głodni ludzie na zajęciach, to nieaktywni i rozproszeni ludzie na zajęciach, lub jeszcze można odwołać jakieś popołudniowe zajęcia i dać ludziom pół dnia wolnego, ale jaki w tym jest cel… Jak widać, w sytuacji takiej jak ta, gdy nie ma dobrego wyjścia, bardzo trudno jest podjąć decyzję, mając świadomość, że to właśnie mi przyjdzie się zmierzyć z jej konsekwencjami. A decyzja musiała zostać podjęta. Tego ode mnie oczekiwano, mimo tego, że ani trochę nie byłem na to gotowy.
Zastanawiasz się pewnie, Szanowny Czytelniku, czemu ma służyć ten przydługawy, pokracznie emocjonalny element rozrachunku z przeszłością? Jest to moja lekko nieudolna (raczej mierny ze mnie pisarz) próba zobrazowania całej tej sytuacji, abyś lepiej zrozumiał finalną konkluzję. Cała ta góra obowiązków była niczym w porównaniu do ciężaru odpowiedzialności. Obowiązki mają tę przyjemną właściwość, że można się nimi dzielić, w przeciwieństwie do odpowiedzialności, której, szczególnie w hierarchicznej strukturze dowodzenia, dzielić się prawie nie da, a jeśli już, to nie całą. Towarzyszyło temu wszechogarniające poczucie samotności, które spowodowało pewną świadomość wyobcowania. W moim odczuciu nie byłem już częścią społeczności obozowej. Paradoksalnie, będąc wśród przyjaciół, czułem się wyizolowany, niechciany i samotny, niczym przysłowiowy palec. Wtedy straciłem jakiekolwiek poczucie przynależności do grupy, nie chciałem już dłużej w tym wszystkim uczestniczyć. Wszystko stało się dlatego, że wziąłem na siebie zbyt wiele obowiązków.
Myślę, że to dobry moment, by zadać sobie pytanie, czemu jeszcze robię coś w harcerstwie? W tamtym czasie sam się wielokrotnie zastanawiałem, czemu by nie rzucić tego wszystkiego w diabły. Pewnie nawet bym to zrobił, ale wplątałem się w jeszcze jedno wyzwanie. W skutek następstw pewnych zdarzeń, po obozie zacząłem pełnić funkcję pełniącego obowiązki drużynowego naszej drużyny harcerzy. Nie jest tajemnicą, że moją wcześniejszą karierę przybocznego należy oceniać raczej krytycznie - ot co, były to dwa lata nic nie robienia. Tak więc pełen wątpliwości organizowałem kilka pierwszych zbiórek we wrześniu i październiku. Myślę że ten moment był dla mnie przełomowy, bo wtedy właśnie na nowo odnalazłem swój cel w harcerstwie, a wraz z nim - motywację. Dzięki chłopakom na nowo poczułem, że jestem gdzieś potrzebny i po raz pierwszy od dawna wiedziałem, dlaczego tu jestem.
To napisałem ja.
Wojtek Taisner
/ 22.03.2019
Czytaj także:
